O autorze
Z zawodu jestem matematykiem, ale przez 30 lat pracowałem w informatyce teoretycznej, a przez następne 20 prowadziłem rodzinną firmę cukierniczą istniejącą od roku 1869. Później — po przekazaniu zarządu firmy synowi Łukaszowi i synowej Małgosi — znów powróciłem do uczenia, choć nie informatyki, ale zarządzania. Szczególnie interesują mnie współczesne aspekty zarządzania jakością, a w tym motywowanie godnościowe jako przeciwieństwo metody kija i marchewki. Interesuje mnie też gospodarka wolnorynkowa, ekologia języka ojczystego (mówmy „w cudzysłowie”, a nie „w cudzysłowiu”) i parę innych tematów. Po pracy lubię teatr, muzykę baroku, Gabriela Garcię-Marquez, narty (zjazdowe i ski-alpinizm), wioślarstwo (skif), windsurfing i rower górski.
Mam też szczególną prośbę do dyskutantów: na moim blogu nie używajcie wulgaryzmów i innych nieobyczajnych zwrotów i określeń. Dyskutujmy na argumenty, a nie na epitety. Spróbujmy, może nam się uda.

Dziadek mojego pradziadka był Niemcem

Skoro prawda i tak wyjdzie na jaw, uznałem, że należy ją ogłosić samemu — Andreas Blikle, dziadek założyciela mojej firmy Antoniego Kazimierza, był Niemcem. Na dodatek urodzonym w Bawarii. Jestem przekonany, że gdyby żył nieco dłużej i nie wyjechał do Polski, to pewnie służyłby w Wermachcie. Albo w SS, bo przecież Bawaria to kolebka Adolfa Hitlera.

W tej sytuacji powinienem też ujawnić fakt, że w dekadzie lat 1980-tych spotkałem Lecha Wałęsę w pociągu jadącym z Warszawy do Gdyni i podarowałem mu struclę makowa, za co dostałem zdjęcie z autografem. I jakby tego nie było dość, w roku 1993 gościłem prezydenta Lecha Wałęsę na otwarciu mojej kawiarni. Zdjęcie załączam. Idę na całość. I tak mam przechlapane.
Trwa ładowanie komentarzy...