Szkoła bez stopni – bo liny pchać się nie da

Jak się ostatnio dowiedziałem, najnowszy projekt nowelizacji ustawy o oświacie przewiduje częściowe odchodzenie od szkolnego systemu ocen za pomocą stopni. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że tego dożyję. A jednak…

O idei szkoły bez stopni przeczytałem po raz pierwszy około dwudziestu lat temu w znakomitej książce amerykańskiego psychologa Alfi Kohna pt. „Punished by rewards” (Karani nagrodami). Zresztą książka jest poświęcona nie szkole bez stopni, ale zarządzaniu bez kija i marchewki. To w niej przeczytałem, że owe „narzędzia motywacyjne” w rzeczywiście głęboko demotywują, gdyż motywację godnościową – tę najsilniejszą z motywacji – wypierają na rzecz pogoni za korzyściami, która działa jedynie tak długo jak przed nosem widzimy marchewkę lub za plecami czujemy kij. I na dodatek, marchewkę i kij trzeba cały czas wzmacniać, by nam nie spowszedniały, bo wtedy ich siła oddziaływania słabnie. Zrozumiałem też, że pomiędzy kijem i marchewką nie ma praktycznie różnicy, bo pozbawienie marchewki działa jak kij, a uniknięcie kija – jak marchewka. Z tej prawdy uczyniłem jedną z najważniejszych tez mojej książki.


Jakiś czas później poznałem nauczycielkę języka niemieckiego w jednym z warszawskich liceów. Ta pani wyprzedziła cytowaną wyżej nowelizację o kilka lat, gdyż na własną rękę zlikwidowała stopnie w swoich klasach. Stawia je co prawda na półrocze i na koniec roku, bo tego wymagają przepisy, ale w czasie roku szkolnego już nie. Gdy zapowiada to rodzicom uczniów, ci przerażeni pytają, skąd w takiej sytuacji ich dzieci będą wiedziały co umieją, a czego nie umieją. A pani profesor na to: Jak to skąd? Po prostu im powiem. Na to zwykle pada kolejne pytanie, czy lepsi uczniowie są jakoś wyróżniani, bo skoro nie ma stopni… I znów odpowiedź jest dość niespodziewana: Tak. Lepsi dostają do domu trudniejsze zadania. Dobremu uczniowi mówię: To już dla ciebie za łatwe. Zrób tamto. I oni to cenią. A przy tym problem ściągania przestaje istnieć.

Gdy posłyszałem o tej szkole, zdałem sobie sprawę, że moja żona kończyła uczelnię, w której też stopnie stawiano dopiero na koniec semestru. W tej szkole – a była to Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie – studenci w ciągu roku rysowali, malowani i rzeźbili, a profesorowie chodzili między nimi i robili tzw. „korekty”, czyli mówili, co jest dobrze, a co należy poprawić. Oceniali studentów nie po to, aby ich napiętnować lub pochwalić, ale żeby im pomóc w rozwoju.

O innej eksperymentalnie szkole posłyszałem kilka lat temu na konferencji „Edukacyjne oblężenie Malborka”. W tej szkole – a rzecz dzieje się w Anglii – nie tylko nie ma stopni, ale też nie ma lekcji w tradycyjnym sensie, ani nawet obowiązku pozostawania w klasie w czasie zajęć. Kto chce może w każdej chwili wyjść! A jednak nie wygodzą, bo zajęcia są ciekawsze od tego, co można mieć na korytarzu.

Ta szkoła jest nastawiona na wyrabianie w uczniach głodu wiedzy, zgodnie z zasadą, że liny nie da się pchać, że można ją tylko ciągnąć. Cały proces dydaktyczny jest podporządkowany praktycznym projektom realizowanym przez uczniów w cyklu trzyletnim. Gdyby chcieć to opisać w terminach tradycyjnej szkoły, należałoby powiedzieć, że z klasy do klasy przechodzi się co trzy lata.

Dla przykładu uczniowie jednej z takich klas projektowali i budowali rower. I oczywiście, gdy zaczynali ten projekt, nie mieli pojęcia, jak się do niego zabrać. Nie mieli też potrzebnej do tego wiedzy. Tę wiedzę „ciągnęli” od nauczycieli, by móc zbudować rower, a ci ostatni wskazywali i udostępniali jej źródła. Nie było mowy o ściąganiu, odpisywaniu, pracy „na stopień”, bo tam w ogóle nie o to chodziło. Tam się zespołowo budowało rower, a kto nie był do tego przygotowany, musiał braki nadrobić, bo inaczej byłby obciach.

Idea szkoły bez stopni trafia też do firm, choć trudno powiedzieć, kto był pierwszy. Dwa lata temu umieściłem na mojej witrynie recenzję książki Samuela Culberta i Lawrence’a Routa „Skończ z okresową oceną pracowników”. Edwards Deming, twórca japońskiego cudu gospodarczego już w latach 1960. zaliczał okresowe oceny pracowników do jednej z dziesięciu śmiertelnych chorób firmy.

Ocenianie przy pomocy stopni to wynik przekonania, że ludzi da się ustawić w szereg od najgorszych do najlepszych. To bardzo uproszczony sposób myślenia, który przydaje się jedynie wtedy, gdy chcemy szybko i bezrefleksyjnie zdecydować komu dać premię, a kogo wylać z pracy. Ale wtedy, gdy celem oceny jest pozyskanie informacji, co danemu człowiekowi, studentowi, uczniowi… jest potrzebne do rozwoju, stopnie są przeciwskuteczne.

Cieszę się wiec, że polska szkoła idzie w dobrym kierunku, choć może nie mówmy hop, dopóki głosowanie w Sejmie przed nami.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Szkoły
Skomentuj